• Redakcja Nowy Poznań

Śmierć pod semaforem. T. Specyał

Był 15 grudnia, ciszę mroźnego przedpołudnia zakłócił przejmujący krzyk kolporterów poznańskiej prasy. Gazeciarze darli się na całe gardło oznajmiając hiobową wieść. –„Dodatek nadzwyczajny!!!!! Niebywała katastrofa kolejowa!!! Osiem osób zabitych !!!”

Tego dnia, około godziny 7.30, na nasypie kolejowym u zbiegu ulic Poznańskiej i Libelta doszło do przerażającego wypadku. Maszynista pociągu nr 1522 jadącego z Rogoźna do Poznania widząc podniesiony semafor zatrzymał swój skład i czekał na sygnał, po którym mógłby ruszyć dalej. Była 7.20 rano. Z późniejszego komunikatu dyrekcji kolei wynikało, że ten nieprzewidziany postój był spowodowany zamarznięciem zwrotnicy. Na dworze panował prawie dwudziestostopniowy mróz i co gorsze była mgła.

Kilka minut później pobliską okolicą wstrząsnął potężny huk, a ciszę poranka przeszył trzask miażdżonych wagonów, który mieszał się z krzykiem pasażerów. W stojący pociąg z impetem uderzył osobowy jadący z Wronek. Pod wpływem potężnego uderzenia ostatni wagon 4-klasy został rozpołowiony. Jedna ściana wagonu oparła się na parowozie, a pozostała część wagonu wyskoczyła z szyn i poczęła staczać się po skarpie w dół. Spadający, rozbity wagon pociągnął za sobą dwa dalsze. Słysząc co się dzieje, mieszkańcy pobliskich domów z przerażeniem podbiegli do okien przypuszczając, że w Poznaniu nastąpił jakiś wybuch. Kiedy zamilkło żelastwo spod sterty kolejowego złomu zaczął wydobywać się jęk i wołanie o pomoc. Z resztek pociągu uciekali na wpół oszaleli pasażerowie i biegli przed siebie, byle dalej od tego piekła. Pierwszymi osobami, które zjawiły się na miejscu, niosąc pomoc poszkodowanym byli - sierżant 7 baonu saperów Stefan Szubert oraz Michał Zakrzewski. To oni, jako pierwsi zaczęli organizować akcje ratunkową. Do nich dołączyli przechodnie i mieszkańcy okolicznych domów. Rannych zaczęto przenosić na prowizorycznych noszach do niewykończonego jeszcze cyrku „Olimpia” oraz do gmachu Ubezpieczalni Krajowej przy narożniku ulic Poznańska i Mickiewicza (dziś szpital im. Raszei).


Po chwili zjawiły się też służby ratunkowe. Na miejsce katastrofy przybyła straż pożarna, karetki pogotowia, policja, wojsko oraz władze sądowo-prokuratorskie. Miejsce katastrofy otoczono natychmiast silnym kordonem policji, który miał za zadanie nie dopuszczać osób postronnych, a które zaczęły gromadzić się w okolicy. Z dworca głównego przysłano pociąg ratunkowy. Z pod gruzów wagonów zaczęto wydobywać ofiary. Ciężko rannych odwożono do szpitali, zabitych do zakładu medycyny sądowej, natomiast lżej poszkodowani po doraźnym opatrzeniu mogli wrócić do domu.


Jeden z uczestników tej tragedii, Stanisław Sironka 32-letni pracownik Zakładów Cegielskiego z Suchego Lasu tak relacjonował swoje przeżycia w rozmowie z dziennikarzem „Nowego Kuriera” -„Staliśmy krótką chwilę na wiadukcie, gdy nagle dostałem wrażenia jak gdyby eksplozja poderwała wagon z szyn. Równocześnie usłyszałem trzask druzgotanych ścian i ławek wagonu, a następnie poczułem, jak on poczyna się toczyć w przepaść. Byłem jak oszołomiony, że nie mogłem się poruszyć aby wyczołgać się z wagonu. Jak przez mgłę widziałem kłębowisko pokrwawionych ciał, poruszających się w przedśmiertnych drgawkach lub w panicznym strachu, wyrywających deski wagonu celem wydostania się na zewnątrz. Widziałem jak z pod wagonu usiłował wyczołgać się przygnieciony ciężarem połamanego żelastwa młody chłopiec, słyszałem rozpaczliwe krzyki rannych i poszukujących swoich najbliższych, biegających z obłędnym strachem w oczach wzdłuż rumowiska”.


Dwa dni po katastrofie, 17 grudnia „Orędownik” krzyczał z pierwszej strony- „NAJWIĘKSZA W POLSCE KATASTROFA KOLEJOWA. KREW W ŻYŁACH MROŻĄCE SCENY NA SKARPIE KOLEJOWEJ I W SALACH SZPITALNYCH”. Dalej przedstawiał dantejskie sceny.-„ Kilkuletnie dzieci, przerażone w najwyższym stopniu, gubiąc torby szkolne, czapki i okrycia, uciekały w śniegiem pokryte pola, byle się znaleźć jak najdalej od strasznego, krew w żyłach mrożącego widoku”.


W wyniku przeprowadzonego dochodzenia stwierdzono, że bezpośrednią przyczyną katastrofy było nie wadliwe działanie semaforów jak początkowo mniemano, lecz wina zwrotniczego Franciszek Wawrzyniaka. W czasie, kiedy pociąg z Rogoźna nr 1522 stał zatrzymany pod semaforem czekając na sygnał wjazdu na stację Poznań, w tym samym kierunku zmierzał pociąg z Wronek nr 4132. Ich tory zbiegały się w nieznacznej odległości za Ławicą. Na tym skrzyżowaniu umieszczony był semafor, który po przejeździe pociągu rogozińskiego był ustawiony w pozycji „tor zajęty”. Tym czasem nastawniczy Franciszek Wawrzyniak, do którego obowiązków nie należało nastawianie odnośnego semafora, przypuszczając- jak sam później zeznał podczas przesłuchania - że semafor wskutek silnych mrozów uległ awarii postanowił go uruchomić. W tym celu rozbił zaplombowaną przekładnię i siłą zmienił jego ustawienie. Skutki tego czynu były tragiczne, o czym sam się niebawem przekonał. Maszynista pociągu jadącego z Wronek widząc wolny wjazd, ruszył pełną parą do Poznania. We mgle i kłębach pary wydobywającej się z lokomotyw nie zobaczył stojącego przed nim pociągu i około godziny 7.30 doszło do tragedii, która okazała się jedną z najgorszych w II RP. Jak ustaliła komisja i on nie był bez winy, ponieważ przekroczył dozwoloną prędkość na tym odcinku toru i tym samym miał zwiększyć rozmiar katastrofy. Bilans tej lekkomyślności i nierozwagi był zatrważający - ogółem śmierć poniosło 8 osób, 13 odniosło ciężkie rany, a 51 lekkie. Na miejscu zginęły dwie osoby, 6 innych zmarło w poznańskich szpitalach z powodu obrażeń. Następny ruch w tej sprawie należał do prokuratora, który musiał przygotować akt oskarżenia i skierować sprawę do sądu. Ta katastrofa była tragiczna nie tylko ze względu , że poniosło w niej śmierć 8 osób, ale dlatego, że zgotowała wspólny grób dla członków tej samej rodziny. Zginął w niej ojciec razem z córką jadącą do szkoły oraz dwaj bracia w wieku gimnazjalnym.


Cztery dni po tragedii, a pięć przed Bożym Narodzeniem żałobna i ponura cisza zaległa Poznań. W kostnicy szpitala miejskiego, w ośmiu dębowych trumnach czekały na swój pochowek ,ofiary kolejowej katastrofy. Ceremonia pogrzebowa zaczęła się o godzinie 14.00, chór kolejowy odśpiewał „Salwe Regina”, biskup Dymek odmówił modlitwę za zmarłych i przy akompaniamencie dzwonów kościelnych kondukt pogrzebowy wyruszył w kierunku cmentarza św. Wojciecha. Na czele szły dwie orkiestry kolejowe , duchowieństwo, przedstawiciele niezliczonych organizacji, władz państwa i miasta. Na pierwszym karawanie jechały zwłoki ś.p Władysława Rujny i jego 10 letniej córki Julianny, na drugim dwóch ś.p braci Tabaków, na kolejnych reszta. Za nimi w skupieniu szedł trzydziestotysięczny tłum Poznaniaków, który towarzyszył im w ostatniej drodze. Wszyscy zabici w tej katastrofie spoczęli w jednej mogile. Pogrzeb na swój koszt zorganizowała dyrekcja kolei w porozumieniu z parafią Sałacką.

Jeszcze nie zdjęto żałobnych barw i ran nie wyleczono, a widmo grudniowej katastrofy ponownie zawisło nad Poznaniem. 14 kwietnia 1934 roku o godzinie 9.20 przed poznańskim Sądem Okręgowym rozpoczął się proces w sprawie grudniowego wypadku. Na ławie oskarżonych zasiedli –zwrotniczy Wawrzyniak i maszynista Niedzielski. Sala rozpraw pękała w szwach, dziennikarze i tłumy widzów chciały na własne oczy zobaczyć jak zakończy się ostatni rozdział kolejowej tragedii sprzed 5 miesięcy. Wyrok zapadł jeszcze tego samego dnia. Sąd uznał Franciszka Wawrzyniaka winnym spowodowania wypadku kolejowego w dniu 15 grudnia 1933 roku i skazał go na cztery lata wię

zienia. Natomiast drugi oskarżony, maszynista Walenty Niedzielak został uniewinniony. Sąd apelacyjny zatwierdził wyrok pierwszej instancji.


Po katastrofie utworzono komitet na rzecz niesienia pomocy członkom rodzin po zabitych w katastrofie, na który datki mogły wpłacać instytucje i osoby prywatne. Tomasz Specyał

44 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie