• Redakcja Nowy Poznań

Lech King, Warta Queen

Stało się. Coś co jeszcze rok, dwa lata temu było tylko marzeniem niepoprawnych optymistów będzie trwać nadal. Warta Poznań nie tylko niespodziewanie awansowała do Ekstraklasy prawie rok temu, ale już na pięć kolejek przed zakończeniem sezony zapewniła sobie i nam przedłużenie tej przygody na następny sezon. Ba! Zieloni stali się rewelacją tego sezonu i mają wciąż szansę na zajęcie na koniec miejsca w górnej części tabeli.

A zatem w przyszłym sezonie czekają nas znów derby Poznania. Derby wyjątkowe, którymi zachwyca się większość obserwatorów w Polsce, a nawet zostały już odnotowane w sportowych mediach w krajach o nieporównywalnie wyżej kulturze piłkarskiej niż nasza. Ponieważ od lat 90. Interesuję się tym fenomenem, zapoczątkuję dziś cykl artykułów o historycznym podłożu tego zjawiska i współczesnych dlań zagrożeniach.


„Friendly Derby”, „Lech King – Warta Queen” – hasła, które mogą nas naprawdę wyróżnić pozytywnie niestety nie wszystkim się podobają. Dziś zajmę się jednym tego przykładem.

Wśród części kibiców Lecha pojawił się już syndrom „mojej piaskownicy”, a nawet rozpowszechniana jest zupełnie ahistoryczna legenda o przypadku łódzkim. Dla niewtajemniczonych – w latach 80-tych i 90-tych miasto Łódź było niemalże sterroryzowane przez grupy kibiców dwóch klubów z tego miasta. Ta wojna troglodytów, kiedyś siała naprawdę strach, dziś doczekała się już nawet bytu satyrycznego.


No więc o co chodzi w tej nowej legendzie? Ponieważ kibice Lecha kiedyś i dziś lubią kibiców Łódzkiego Klubu Sportowego, a nie lubią kibiców Widzewa – ŁKS to ten właściwy i jedyny klub , zupełnie tak samo jak w Poznaniu obecny Lech. Tymczasem ta „legenda” zupełnie się kupy nie trzyma, a już na pewno nie ma nic wspólnego z historią. Okazuje się, że Lech i Widzew to kluby o niemalże bliźniaczej historii, zwłaszcza tej powojennej.

W okresie międzywojennym od powstania Polskiej Ligii, aż do wybuchu II Wojny Światowej o mistrzostwo Polski w najwyższej klasie rozgrywkowej walczyło kilka łódzkich klubów , z których najdłużej i najlepiej prezentował się właśnie ŁKS, nieco gorzej wiodło się Klubowi Turysty. Poznań miał niezmiennie jednego reprezentanta – Wartę. Co ciekawe, Warta była nie tylko lubiana w stolicy Wielkopolski. W przeprowadzonym przez jedną z gazet w 1929 roku ogólnopolskim plebiscycie na najpopularniejszy klub piłkarski w Polsce wygrali właśnie „Zieloni”. Nagrodą dla najbardziej lubianego przez kibiców polskiego klubu był zegar stadionowy Omega ( prezentowany na zdjęciu.)


Po zakończeniu wojny wszystko się zmieniło. Zanim komuniści przejęli pełnię władzy w Polsce, sport próbował się odrodzić na swoich warunkach. Trwało to jednak bardzo krótko. Bardzo szybko zrozumiano, że sport ma być masowy, komunistyczny i inny niż ten sprzed II wojny światowej. Klubom resortowym i robotniczym było łatwiej, a tym z przeszłością „burżuazyjną” gorzej.


I w takich okolicznościach nastąpił historyczny pierwszy awans do naszej ekstraklasy poznańskiego KKS i łódzkiego Widzewa w 1948 roku. Oba klubu dołączyły do najwyższej klasy rozgrywkowej razem i to… przy ‘zielonym stoliku” (ups! Przy tej okazji przytoczę złośliwy żart o tym, że Lech już dawno powinien umieścić w herbie taki „zielony stolik”, taki malutki, jak kołyska w starym herbie PSG). I historyczny pierwszy mecz w ekstraklasie oba kluby zagrały, jakże by inaczej ze sobą.


W następnych latach bywało lepiej lub gorzej ( częściej gorzej ), aż do lat 70-tych. Sukcesy sportowe były bardzo ważną częścią „drugiej Polski” Gierka. Tak się jednak składa, że były to sukcesy prawdziwe i nie chodzi tylko o sukcesy piłkarskiej reprezentacji, czy też Wyścig Pokoju. Nota bene to właśnie tej imprezie Warta Poznań zawdzięcza drugi rekordowy wynik frekwencji na meczu piłkarskim w naszym mieście ( 50 tys. ), bo to na jej stadionie zwykle kończyły się etapy kolarskie i w ramach oczekiwanie kibice byli świadkami meczu Warty z … ŁKS-em w 1971 roku. Prawdziwy boom na piłkę rozpoczął Górnik Zabrze ( nasz jedyny finalista europejskiego pucharu ). W europejskich pucharach w tej dekadzie dobrze zaprezentowała się też Legia, a pod jej koniec nadeszła era Widzewa. Nieco później do krajowej czołówki doszlusował też poznański Lech, który na europejskie sukcesy musiał poczekać do ery Amiki. Przy tej okazji – kibice Lecha Widzewa nie cierpią, ale jak się okazuje w latach 80-tych współpraca między tymi klubami układała się całkiem , całkiem.

Zostawmy jednak zadziwiająco bliską to tego czasu historię obu klubów i skupmy się na naszym, poznańskim podwórku. Pragmatyczni do bólu Poznaniacy poszli za sukcesem i nie ma w tym nic złego – to w końcu nasz Kolejorz, a nie na przykład Olimpia. Ale Warta, choć sportowo bardzo podupadła, cieszyła się wciąż sympatią kibiców. Zresztą w dużej mierzy tych samych. Meczy było mniej, jeśli w weekend nie było Lecha, to czemu nie udać się na trzecioligową Wartę? Gdy w Łodzi biało-czerwono-biali uganiali się z nożami za czerwono-biało-czerwonymi i odwrotnie obrzucając się przy okazji antysemickimi tekstami, w Poznaniu Lech i Warta wspólnie uczciły 25-rocznicę Czerwca 1956. Piłkarze i trenerzy przechodzili z Warty do Lecha i odwrotnie, Lech grywała na stadionie Warty, a nawet pożyczył od Zielonych koszulki na nieudany debiut w pucharze UEFA. Tak budowała się ta specyficzna atmosfera przyjaznych relacji pod hasłem: „Lech King – Warta Queen”.


Czasy i ludzie się zmieniają. Nowe pokolenia kibiców Lecha działały spektakularnie i prężnie. Przyniosły Poznaniowi wiele chwil chwalebnych, ale nie czarujmy się, lata 90-te ukształtowały też bardzo plemienne i agresywne grupy kibiców. Nie wiem zatem, czy ta naprawdę unikatowa sytuacja i pokojowa koegzystencja dwóch klubów w jednym mieście będzie trwać. Wiem jedno – dzień, kiedy nie będę mógł bezpiecznie obejrzeć derbowego meczu na Bułgarskiej w szaliku Warty byłby nie tylko końcem pewnego poznańskiego etosu, ale też dniem wstydu dla tych, którzy by do tej sytuacji doprowadzili. Dlatego koleżanki kolegów , którzy już nerwowo spoglądają na swoje zabawki w piaskownicy proszę – nie powtarzajcie tej bzdurnej bajki o Widzewie i ŁKS-ie , jako jakimś determinancie dla nas, bo to naprawdę nijak się ma do faktów. Aby potem nie było jak w Piśmie: „.. I tak rozeszła się ta wieść wśród [kibiców Lecha] i jest powtarzana aż do dnia dzisiejszego”


Maciej Woźniak


20 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie