• Redakcja Nowy Poznań

Opowieść o kacie

25 marca 1792 roku rozpoczęła się era Gilotyny, tego dnia spod jej ostrza spadła pierwsza głowa i należała ona do niejakiego Roberta Françoisa Damiensa, pierwszym operatorem tego urządzenia był kat Charles Henri Sanson. Historię katowską opowiada Tomasz Specyał.


Sanson- Dynastia katów: „Dzisiaj to będzie prawdziwe przedstawienie; zdziwi się pan jak dobrze znam swoja rolę”. Generał-adiutant Boisguyon (Słowa skierował do kata Sansona, kiedy wchodził na katowski furgon)


Historia rodu Sanson to zarazem historia zbrodni jakich dokonywano od połowy XVII-ego do połowy XIX-ego wieku w Paryżu stolicy Francji. Pod katowski topór głowę kładli okrutni zbrodniarze, ale także i ludzie o szlachetnych acz porywczych sercach, których jedynie chwila obłędu, rozpaczy strąciła w otchłań zbrodni. Czasem też zdarzyło się, że klientem kata był człowiek niewinny.


Po raz pierwszy z nazwiskiem Sanson spotykamy się w XVII w. za sprawą Nikolasa Sansona, który był burmistrzem miasta Abbeville. Po dzień dzisiejszy jest uważany za ojca nowoczesnej geografii - był nadwornym geografem Ludwika XIV. Kiedyś podczas wizyty króla w tym rejonie miał zaszczyt gościć go w swoim domu. Ironia losu sprawiła, że w przyszłości jego potomek będzie również gościł jednego z Burbonów, Ludwika XVI, ale nie pod swoim dachem, lecz na szafocie, który obsługiwał.

Losy rodziny Sanson potoczyły się jednak inaczej niż to sobie wyobrażał Nicolas. O wyborze drogi życiowej jego syna zadecydował los, przypadek, ale najpewniej miłość od pierwszego spojrzenia.


Syn Nicolasa Sansona był oficerem w wojsku królewskim. Pewnej nocy podczas burzy uległ wypadkowi spadając z konia, mocno się poturbował. Ciężko ranny ostatnim wysiłkiem dowlókł się do ukrytego wśród drzew domku, u którego progu padł zemdlony. Gdy mu wróciła przytomność znalazł się na łożu, a wokół niego krzątało się dziewczę przedziwnej urody. Po paru dniach zjawił się w pokoju starszy, poważny mężczyzna. Był to ojciec pięknej Margarety. Ten postanowił pozbyć się jak najszybciej nieproszonego gościa. Przygotował mu wóz, pożegnał skinieniem głowy, a gdy Charles, dziękując za gościnę zapytał go kim jest w odpowiedzi usłyszał tylko milczenie. Od równie małomównego woźnicy, który odwiózł go do domu dowiedział się tylko, żeby uważał bo dom, w którym przebywał nosi miano „zaklętego dworu” i należy do kata.


Ta informacja bynajmniej nie przestraszyła Charlesa, wręcz przeciwnie bardzo go zaintrygowała. Pewnie dlatego, że ów samarytanka, która opatrzyła jego rany skradła już mu serce. Charles po kryjomu odwiedził raz Margaret podczas nieobecności jej ojca, ale ta powiedziała mu, że nie ma prawa go kochać, a już sama znajomość z nią ściągnie na jego głowę same nieszczęścia, bo jak już zapewne wie jej ojciec jest katem. To jednak go nie zniechęciło, już się zakochał bez pamięci i nie dbał o to, kim ona jest i z jakiej rodziny pochodzi.


Zapewne za sprawą swego przyjaciela, który również interesował się wdziękami ów panny, ale tylko w niecnych celach, po mieście rozeszła się wieść, że oficer gwardii królewskiej, Charles Sanson jest kochankiem córki kata. Wtedy stanął przed nim dylemat - albo dalsza kariera, albo miłość do córki człowieka uważanego za przeklętego. Charles jednak nie zastanawiał się długo, złamał swoją szablę i zerwał ze światem w którym żył. Wybrał miłość. Początkowo chciał porwać swoją ukochaną i wyjechać tam gdzie nikt ich nie zna. Kiedy chciał zrealizować swój plan i udał się do domu swej wybranki serca, jej ojciec widząc co się święci przyłożył miecz do jej szyi i nakaz mu odejść, albo ją zabije. Wtedy Charles rzucił mu się do nóg i zaczął go błagać, że kocha jego córkę i że się z nią ożeni. To przekonało kata, opuścił miecz, a ostateczną decyzję pozostawił swojemu dziecku. Ta jednak nie chciała zostawić ojca samego. Wtedy Charles zaproponował staremu, by porzucił wraz z nimi Francję i wyjechał zaczynając wszystko od nowa i gdzie indziej poszuka sobie nowego zawodu. Na tę propozycję usłyszał w odpowiedzi twarde słowa: „Uwiodłeś córkę kata, chcesz córkę kata pojąć za żonę, to sam zostań katem!”


Charles Sanson poślubił Margaret Jouanne. Jakiś czas później w protokóle pewnej kryminalnej sprawy znalazła się następująca adnotacja: „Mistrz Pierre Jouanne, kat Francji, mając za zadanie połamanie członków Martina Eslaua, zlecił tę czynność swemu zięciowi, a że ten po dokonaniu tego zemdlał, tłum zebrany na egzekucji wybuchnął śmiechem”.


Charles Sanson został oficjalnie mianowany katem Paryża po śmierci swojego teścia w 1684r. Od tej chwili każdy następny kat, aż do połowy XIX w nosił nazwisko Sanson. Kat płodził kata. Ze związku z Margaret przyszedł na świat chłopiec, któremu nadano imię po ojcu Charles i który po nim odziedziczył jego zawód. Kiedy w 1726 roku i on odszedł do wieczności, jego syn Charles John Babtista Sanson urodzony w 1719 r. był za młody aby od razu podjąć tak odpowiedzialne stanowisko, ale gdy tylko osiągnął odpowiedni wiek tak jak jego ojciec i dziad stanął dumnie na szafocie. Sprawiedliwości służył do końca swych dni, spłodził 16-ścioro dzieci, z których przeżyło 10. Najstarszy z jego synów Charles Henri, był najsłynniejszym z rodu i dostał przydomek „Wielki”. Z ojcem praktykował przez 20 lat służąc mu jako pomocnik przy egzekucjach. W 1757 r. Charles Henri został wysłany do Reims, gdzie swojemu wujkowi, również katowi Nicolasowi-Charlesowi-Gabrielowi Sansonowi miał pomóc przy egzekucji. Delikwentem był niejaki Roberta-François Damiensa - niedoszły zabójcy króla Francji Ludwika XV.


Rankiem, w dniu stracenia 28 marca 1757 r. skazaniec opuszczając celę miał powiedzieć”

„Ten Dzień będzie ciężki". Ii rzeczywiście jego śmierć nie przyszła lekko. Najpierw jak to było w zwyczaju, poddano go torturom. Zmiażdżono mu stopy w tzw. „hiszpańskich butach”, przypiekano rozgrzanymi do czerwoności szczypcami. Ręka, którą trzymał nóż podczas zamachu na króla, została spalona siarką, a stopiony wosk roztopiony ołów i wrzący olej zostały wylane na jego rany. Dopiero po takim wstępie kat mógł z nim skończyć. Niedoszły królobójca został rozerwany końmi, a to co z niego zostało spalono na stosie.

Monarcha nie zaszczycił swoją obecnością egzekucji. Kiedy następnego dnia doniesiono mu, że jedna z dam kazała wybudować specjalną lożę pragnąc z bliska upewnić się o surowości kary, Ludwik odrzekł: „Cóż za obrzydliwość! Niechaj nie mniema, że jej zdziczenie świadczyć może o przywiązaniu do mojej osoby.”


Natomiast wuj Charlesa po tej wymyślnej kaźni porzucił swoją profesje i zmienił zawód.

W 1778 Charles-Henri został oficjalnie zaprzysiężony na królewskiego egzekutora i przy tej okazji podobnie jak jego ojciec otrzymał krwistoczerwony płaszcz. Był on znakiem mistrza katowskiego, nosił go z dumą przez 38 lat, tak długo jak wykonywał swoja profesję.

Za jego panowania na katowskim stolcu nastąpiła istna rewolucja w wykonywaniu kary śmierci. Miecz, który często trzeba było ostrzyć i nie zawsze z precyzją kończył, zastąpiła gilotyna. Prototyp gilotyny został po raz pierwszy sprawdzony 17 kwietnia 1792 r. w szpitalu Bicêtre w Paryżu. Sam kat przeprowadzał próby z nowym urządzeniem - najpierw na belach słomy, później na owcach, a zanim zaczął ścinać ludzi, zrobił kilka eksperymentów na zwłokach bezdomnych. Niebawem to urządzenie znalazło praktyczne zastosowanie. 25 kwietnia 1792 r. Charles Henri Sanson zainaugurował erę gilotyny ścinając złodzieja Nicolasa Jacquesa Pelletiera, miało to miejsce na Place de Grèv.


Nazwa gilotyna pochodzi od nazwiska pomysłodawcy deputowanego do Zgromadzenia Narodowego z Paryża i chirurga Josepha Ignace Guillotina. Gilotynę stosowaną we Francji opracował inny lekarz, członek Académie Chirurgicale Antoine Louis, a wykonał ją niemiecki producent klawesynów Tobias Schmidt. Jego konstrukcja była 6-krotnie tańsza od wykonanego z dębowego drewna pierwowzoru autorstwa królewskiego cieśli Guidona. Początkowo nazywano ją Louison lub Louisette (Ludwiczka), od nazwiska Antoine Louisa.


Dopiero później nazwa wyewoluowała poprzez la veuve (wdowa) do ostatecznej wersji – gilotyna, mimo rozpaczliwych protestów dr Guillotina. W przeszłości dramat egzekucji zasadzał się głównie na długim cierpieniu ofiar. Tym razem chodziło przede wszystkim o szybkość zadawania śmierci. Publiczność musiała więc oswoić się z tą całkowicie odmienną formą krwawego widowiska. Dla wielu największym mankamentem tego wynalazku było to, że egzekucja przebiegała zbyt szybko, i widz musiał wyrobić w sobie umiejętność obserwacji tego nowego stylu zabijania. Największe żniwa gilotyna miała podczas krwawego terroru rewolucji francuskiej. W tym czasie Charles-Henri Sanson wykonał setki egzekucji, jego najsłynniejszymi „klientami” był sam Ludwik XVI, król Franci i jego małżonka Maria Antonina.

Sanson, początkowo był niechętny zgładzeniu króla, ale presja rewolucji i łatwość z jaką oskarżano o zdradę było wystarczającym argumentem. 21 stycznia o godzinie 10 rano, głowa króla Francji spadła do kosza ustawionego pod gilotyną. Sanson wyciągnął ją i pokazał tłumowi.


Pod nóż gilotyny codziennie trafiały nowe ofiary, wśród nich znaleźli się również główni planiści tego terroru, najpierw Danton, a później Maksymiliana Robespierre’a i Louisa de Saint-Justa. Na Placu Rewolucji, na którym dokonywano straceń, przekupnie oferowali codziennie listy skazanych na śmierć, jak programy w teatrze. Jeden z przedsiębiorczych właścicieli restauracji na Placu Rewolucji nazwał swój lokal „Cabaret de la Guillotine” i codziennie na odwrocie kart dań wymieniał specjalność dnia, którą miano serwować „Wdowie” jak nazywano gilotynę. Była to lista tych, których miano tego dnia stracić. Kat Charles Henri Sanson stał się gwiazdą. Bogaci turyści z zagranicy płacili spore pieniądze, by tylko pozwolił im zbliżyć się do gilotyny .Opowiadał on, że kiedyś w czasie Rewolucji odwiedził go pewien Anglik z małym pieskiem i błagał go by ten uczynił mu zaszczyt i zgładził jego psa. Chciał to tylko po to, by mógł się później wychwalać przed znajomymi, że ten sam kat co zgilotynował parę królewską ściął również głowę jego psu.


Społeczny status kata, jego zawodowa pozycja zmieniała się. Przed rewolucją budził lęk i był wyłączony ze społeczeństwa, odizolowany od zwykłych śmiertelników. Zmieniło się to dopiero po zburzeniu Bastylii. Ze względu na to, że większość jego klienteli stanowiła arystokracja cieszył się takim prestiżem, że był zapraszany do towarzystwa, a znajomość z nim była wyjątkowym zaszczytem. Jednak wszystko wróciło do normy, kiedy na szafocie zaczęli znowu dominować pospolici kryminaliści, złodzieje i mordercy. Największym nieszczęściem jakie spotkało „Sansona Wielkiego” była tragiczna śmierć jego najstarszego syna Gabriela. Gabriel był jego głównym pomocnikiem i miał przejąć po nim schedę, ale podczas jednej z egzekucji w 1795 roku, zwyczajem obnosił po szafocie głowę jednej z ofiar, robił to jednak tak nie ostrożnie, że spadł z niego ginąc na miejscu.

Charles-Henri Sanson zmarł 4 lipca 1806 roku i został pochowany na cmentarzu Montmartre w Paryżu.


Szóstym i ostatnim z Sansonów, który wykonywał zawód kata był Henri Clement - wnuk człowieka, który zgładził Ludwika XVI. W przeciwieństwie do swoich antenatów miał awersje do pracy, nie lubił jej. W poszukiwaniu odskoczni od swego zajęcia szukał zapomnienia i relaksu w hazardzie, rozwiązłości i hulaszczym trybie życia. To wpędziło go w długi do tego stopnia, że był zmuszony zastawić swoje narzędzie pracy gilotynę (gilotyna była wówczas własnością kata). Kiedy przyszła pora na kolejną egzekucję, Ministerstwo Sprawiedliwości chcąc nie chcąc musiało ja wykupić płacąc 3800 franków. To jednak sprawiło, że zaraz po wykonaniu swego zadania zwolniono kata ze stanowiska, kładąc tym samym kres katowskiej dynastii Sansonów.


Kolejną katowską dynastię Francji założył Louis Deibler, który w latach urzędowania (1879-1899) posłał w zaświaty 169 osób. Przebił go syn Anatol, który na stanowisku oficjalnego kata Republiki Francuskiej utrzymał się do 1939 roku i zmarł na atak serca w drodze na egzekucję, którą miał przeprowadzić. W czasie swojego urzędowania ściął 395 osób. Ostatnim katem Francji był Marcel Chevalier, który 10 września 1977 roku zgilotynował w Marsylii za morderstwo tunezyjskiego emigranta, Hamidę Djandoubiego. Był on ostatnią osobą, na której wykonano we Francji karę śmierci. Ówczesny prezydent Valéry Giscard d’Estaing nie skorzystał z prawa łaski, podobnie jak to uczynił w dwóch poprzednich przypadkach. Kara śmierci we Francji została zniesiona we wrześniu 1981 na wniosek prezydenta Francois Mitterranda i ministra Roberta Badintera przeważającą większością głosów członków obu izb parlamentu.


TOMASZ SPECYAŁ


19 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie