• Redakcja Nowy Poznań

Pod Rynarzewem i Szubinem

1 lutego 1919 roku na północnym froncie Powstania Wielkopolskiego trwała ofensywa niemiecka. Rynarzewo, na skutek zaciętych ciężkich walk, ponownie przeszło z rąk, do rąk: oddziały polskie, wzmocnione posiłkami ze Żnina i Wągrowca oraz półbaterią armat dowodzoną przez poległego w trakcie walk Władysława Mettlera nie zdołały jednak zatrzymać ataku niemieckiego, wspartego ogniem broni maszynowej i pociągu pancernego. Kontratak przeprowadzony przez żołnierzy ppor. Ignacego Mielżyńskiego załamał się i Niemcy, zdobywszy Rynarzewo, w pogoni za Polakami dotarli aż do Szubina, który również padł, a oddziały powstańcze wycofały się do Nowego Miastka. Rozpoczęły się również zacięte boje o Łabiszyn, a na zachodnim odcinku, wolszyńskim, Niemcy opanowali Nowe Kramsko.

Na południu, pod Zdunami, zginął na warcie kapral Franciszek Sowiński, zastrzelony w trakcie zaczepnej akcji nieprzyjaciela. Był pierwszym poległym powstańcem w powiecie krotoszyńskim.

#POWSTANIEna102

Na fotografii hrabia Ignacy Mielżyński, birbant, utracjusz, znakomity gospodarz, społecznik, niezwykły patriota, żołnierz o nieposkromionej odwadze, powstaniec wielkopolski, śląski, obrońca Rzeczypospolitej. W młodości pannom wiejskim za dziewiczy wianek ofiarowywał krowy. Powierzone mu w zarząd ślubne wiano własnej siostry przepuścił z uroczą fantazją na karty i alkohol w poznańskim Bazarze. Wygnany z domu przez ojca, trafił pod skrzydła wuja Józefa, by w Iwnie i Chobienicach stworzyć wzorcowe gospodarstwa rolne, przesławną stadninę koni i bawić gości epickimi polowaniami. Do powstania pobiegł w te pędy, zrzuciwszy pruski mundur, jako "rolnik z Iwna", by prać Niemców pod Zdziechową. Potem drogą przez Fort Grollman, na czele kompanii poszedł na północ, pod Łabiszyn. Do pierwszego ataku na Rynarzewo wiódł swoich żołnierzy z karabinem maszynowym w rękach. Jego podwładni szli za nim jak w dym, wierząc, że Inusia nie imają się kule, choć, jak dowiódł dzień sprzed stu i dwóch lat, nie zawsze był wszechmocny. Do lata 1919 roku bił Szkopów na północnych rubieżach Wielkopolski, potem przerzucił się i 300 ludzi na południe, na Śląsk, by z Sosnowca ruszyć do I Powstania Śląskiego. W kolejnym roku sformował w części za własne środki i własnymi końmi wyposażył pułk jazdy, późniejszy 26. Pułk Ułanów Wielkopolskich im. hetmana Jana Karola Chodkiewicza, z którym - jeździec znakomity - wyskoczył na sowietów, bijąc ich kacapskie tyłki od Brodnicy przez Nowogródek do Łunińca rejonów, za co Ojczyzna przystroiła go Virtuti Militari. Po wojnach wrócił do rolnictwa, polowań, jazdy konnej, brydża, dobrych trunków i obfitego jadła, ale już bez przesadnej ekstrawagancji. Ot, do Poznania wyskoczyć rolls-roysem do Dybizbańskiego na śniadanko z kartofelków w mundurkach, gziczka, śledzika i masełka; dla holenderskich królewskich nowożeńców ubić na polowanku 800 zajęcy - żadnych tam wielkie historie. Umarł kochany, lubiany, szanowany i w pogodzie ducha jeszcze w 1938 roku, litościwa śmierć nie kazała mu oglądać klęski wszystkiego o co walczył i katastrofy wszystkiego, czym żył. Pochowano go w Iwnie, w stylu godnym jego zasług: orszak z pałacu do kaplicy poprowadził biskup Karol Radoński, za trumną z ułańską rogatywką i szablą, szedł jego okulbaczony stary koń bojowy "Cytrus", za nimi jechali ułani z 15. i 26. Pułku. w 1961 roku dołączyła do niego żona, Seweryna z Mielżyńskich, stryjeczna siostra, z którą adoptowali kilku krewnych, potomkowie krewnych żyją rozsiani od Poznania po świat cały. Brat Ignacego - Maciej, zapisał równie barwną, jeśli nie barwniejszą kartę, ale o tym może będzie kiedyś inna okazja przypomnieć. Jarosław Kiliński


9 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie